„Zajęcie państw bałtyckich zajęłoby dużo dużo więcej czasu. Zdolności spowalniania tej agresji, tak by dotarły siły wspomagające NATO Stanów Zjednoczonych i pozostałych państw byłyby wystarczające, o ile utrzymany zostanie Przesmyk Suwalski. To nasza największa siła albo słabość” – powiedział wczoraj w programie informacyjnym telewizji publicznej „TVP Info” szef MON Antoni Macierewicz.
Pomijając to, że zawłaszczona przez PiS telewizja publiczna staje się powoli, ale systematycznie tubą propagandową tej partii i utworzonego przez nią rządu, to zacytowane wyżej słowa Antoniego Macierewicza dowodzą utrzymywania się u niego bardzo wysokiej formy. A może nawet jej zwyżki?
Obecnie czekam, kiedy on powie, że „Przesmyk Suwalski” chroni całą Europę przed najazdem sowieckim (tfu!- miałem na myśli rosyjskim).
Następnie szef MON odniósł się do kwestii spodziewanego konfliktu z Rosją:
„Problem wojny hybrydowej został wkomponowany w planowanie odpowiedzi na tego typu działania tak, aby uniemożliwić agresorowi grę tą granicą. Warto pamiętać, że istnieje pewna reguła obserwowana od 200 lat, że generałowie przygotowują się do poprzedniej wojny. Trzeba być przygotowanym na agresję hybrydową, ale i na to, że agresor, z którym mamy do czynienia od dłuższego czasu stara się zastosować inną taktykę”.
W tak wyłuszczonej przez ministra MON koncepcji dostrzec można przebłysk geniuszu strategicznego, a jak wiemy bardzo często geniusz ociera się o szaleństwo. I oby to drugie u ministra MON nie przeważyło, bo doprowadzi on do tego, że w imię interesów wielkiego kapitału amerykańskiego, zostaniemy usmażeni w fali uderzeniowej eksplozji atomowych.
Nie rozwijając dalej tego mało przyjemnego wątku, chciałbym zauważyć tylko, że przenikliwość powyższej myśli strategicznej z dziedziny wojskowości, jest porażająca. Szczególnie widać to, po zwróceniu uwagi przez Antoniego Macierewicza na bardzo istotny problem, że „trzeba być przygotowanym na agresję hybrydową, ale i na to, że agresor, z którym mamy do czynienia od dłuższego czasu stara się zastosować inną taktykę”
A więc po uwzględnieniu możliwości zastosowania przez „agresora” „agresji hybrydowej” możliwe jest jeszcze zastosowanie przez niego „innej taktyki”.
Toż to jest tak strasznie przenikliwe, że aż nie umiem tego właściwie skomentować.
Jak to mówią ruscy sołdaci: „biez wodki nie razbieriosz”.
A więc pozostawieni przez ministra Macierewicza w niepewności, o jaką to „inną taktykę” rosyjskim „agresorom” może chodzić, zmuszeni jesteśmy nadal żyć w niepewności.
Ale za to mając nadzieję, że może pan Macierewicz kiedyś uchyli rąbka tej tajemnicy?
Nie wdając się dalej w zawiłe kwestie taktyki jaką zaleca szef MON w odpowiedzi na działania „agresora”, odniósł się natomiast do sprawy sytuacji na Ukrainie, co jak można zrozumieć, że są to dwie powiązane ze sobą sprawy- mówiąc, że:
„Nie ma wątpliwości, wszystkie państwa europejskie są zgodne w tej sprawie, że najazd Rosji na Ukrainę stworzył precedens złamania ładu pokojowego w Europie. Nie zgadzam się, że formalnie wszystko jest w porządku (…) mamy do czynienia z agresją jednego państwa na drugie i z okupacją. Krym jest okupowany, część Donbasu również jest okupowana”.
Macierewicz przypomniał, że Ukraina już w czasach poprzednich rządów PiS mogła zostać członkiem NATO:
„Była taka inicjatywa ze strony świętej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Byliśmy bardzo blisko podczas szczytu w Bukareszcie, by były otwarte drzwi dla Ukrainy, ale ta sprawa została zablokowana” – zauważył bardzo przytomnie minister dodając, że „gdyby wtedy udało się to zrobić, dzisiaj Ukraina nie byłaby okupowana”.
A więc gdyby nie została „zablokowana” w Bukareszcie na szczycie NATO inicjatyw prezydenta Lecha Kaczyńskiego, to „dzisiaj Ukraina nie byłaby okupowana”.
Przypomnę, że kij w szprychy idei Lecha Kaczyńskiego wsadziły jak zwykle te niecny duet Francji i Niemiec.
Co pokazało jednocześnie jak „silną pozycję” ma Polska wśród największych państw członkowskich NATO.
I oby tylko nierealne oczekiwania efektów obecnego szczytu NATO w Warszawie, dla polskiej myśli strategii wojskowej, nie okazały się podobną mrzonką, jak na wspomnianym przez ministra Macierewicza szczycie w 2008 roku w Bukareszcie.
A przecież plany rząd i prezydent Andrzej Duda ma bardzo ambitne, bo jak powiedział minister prezydencki Krzysztof Szczerski: „szczyt NATO w Warszawie ma być szczytem decyzyjnym, a nie refleksyjnym. Po drugie, że te decyzje oznaczają więcej wojska, więcej infrastruktury, więcej wspólnych ćwiczeń i współpracy. I po trzecie, że ważnym elementem konsensusu powinna być wspólna ocena zagrożeń i ich charakteru, szczególnie wobec sytuacji na wschodzie Europy”.
Jeszcze w listopadzie zeszłego roku Krzysztof Szczerski poinformował dziennikarzy, że pomiędzy sojusznikami NATO panuje „niemal pełna zgoda” co do tego, że szczyt w Warszawie musi pójść o krok dalej w stosunku do szczytu w Newport.
Tylko, że od „niemal pełnej zgody” do „pełnej zgody” jest tak daleka droga, że jej cel może być nieosiągalny.
Wtedy oczywiście ogłosi się z głośnymi fanfarami nowy sukces, tak jak ze spotkaniem prezydenta Dudy z amerykańskim prezydentem Barackiem Obamą podczas Szczytu Bezpieczeństwa Nuklearnego w marcu tego roku w Waszyngtonie, który miał być, później miało go nie być, ale ostatecznie podczas powitania wysokich gości przez prezydenta Obamę, popatrzyli sobie w cztery oczy z Andrzejem Dudą.
comments powered by HyperComments